norweski ordung a’la Verdi
![]()
Zbigniew Wodecki nawoływał by zaczynać od Bacha, a ja rozpocznę od Opery. Najprawdziwsze okno na świat, przeglądarka internetowa – każdy używa, ale co ciekawe nie każdy jest tego świadomy. Klikam na niebieską ikonę z literką E i jestem już Internecie, a potem męczę się z wyskakującymi reklamami, kilkunastoma oknami – rzetelnym chaosem, który pojawić się musi przy dłuższej pracy najpopularniejszej przeglądarki świata – Microsoft Internet Explorer.
Ależ truizmy wypisuję, wybaczcie. Pytanie, które dzisiaj sobie postawiłem brzmi: dlaczego Opera, a nie Firefox? Bo nigdy w życiu nie używałem innej przeglądarki. Na szczęście nie jest to jedyny argument, ale zdecydowanie najpoważniejszy. Operę znam od czasów kiedy nie radziła sobie z obsługą polskich znaków diakrytycznych, a jej wielookienkowa filozofia przytłaczała większość użytkowników. To były czasy, kiedy byłem internautą „na sucho” – instalowałem typowo sieciowe oprogramowanie z płyt CD dołączanych do czasopism komputerowych i testowałem je off-line na wszystkie możliwe sposoby. Były to czasy dominacji Netscape Navigatora, kobyły strasznej, tak mozolnej jak praca ukraińskich górników w okręgu donieckim. A Opera szybka, zgrabna, zintegrowana z klientem poczty, nieprzyzwoicie wręcz podatna na personalizację – wybór był prosty.
Nie roszczę sobie praw do bycia biegłym historykiem przeglądarek internetowych, ale jaskrawy wydaje się fakt, że twórcy Opery wytyczają światowe trendy. Przeglądanie kilku stron w zakładkach, gesty, blokowanie okienek popup, wbudowany program pocztowy, czytnik grup dyskusyjnych, IRC, własne style wyświetlania strony, zapamiętywanie sesji… sporo tego. Te operowe standardy zostały wprowadzone do konkurencyjnych przeglądarek całkiem niedawno, albo są dopiero w fazie planów.
I tak stałem się operowo uwarunkowany, bo po cóż miałbym się decydować na inne przeglądarki, skoro Ona była (i jest) zawsze krok przed Internet Explorerem czy Firefoksem. Dlaczego więc Opera nie jest tak popularna jak powinna? Pierwsza sprawa to licencja – dopiero pół roku temu udostępniono darmową wersję pozbawioną okienka z reklamami. Co więcej, w ostatnich tygodniach z atmosfery wokół Opera Software ASA można wyczuć pewne, niezbyt jeszcze wyraźne przesłanki, z których wynikać może, że prędzej czy później kod źródłowy mojej ulubionej przeglądarki będzie zupełnie otwarty. Nie trudno jest się domyśleć jaki to będzie miało wpływ na rozwój programu.
Drugim problemem jest interpretacja stron. Opera radzi sobie z niekanonicznym kodem html w sposób znacznie gorszy niż np. Firefox. Winę jednak ponoszą webmasterzy, którzy nader często zapominają sprawdzić jak ich strona prezentuje się w przeglądarce bez loga Microsoftu.
A za długie posty zabiją blogi. Więc jeszcze tylko link do Opery.
Luty 18th, 2006 at 14:06
W otwarcie opery szczerze wątpie. Wbrew pozorom udostępnienie programu Opera za darmo było podyktowanę chęcią zysku. Gdy w okienku wyszukiwarki wpisujesz jakieś zapytanie i gdy klikniesz w reklame na stronie rezultatów, firma, która za Operą stoi dostaje realne pieniądze (patrz AdSense). Zresztą ludzie od Firefoxa zarabiają w ten sam sposób.
Opera słabo się sprzedawała, ale teraz będąc darmową zarabia krocie.
To jest nowa ekonomia.
Luty 18th, 2006 at 14:38
Ech, tak zupelnie na marginesie to pisze ten komentarz korzystajac z Lynx’a. Ja nie neguje checi zysku u developerow Opery, nawet popieram bo takim programem powinno sie zarabiac, jest tego warty. Publikowanie cotygodniowy kompilacji, otwarty system widgetow – wszystko to idzie w dobra strone (z punktu widzenia uzytkownika). Nie zarabiaja tylko na linkach sponsorowanych, jest jeszcze platna pomoc techniczna oraz mysle, ze powazne zrodlo dochodu – preistalowanie Opery w telefonach komorkowych, palmtopach, telewizorach, lodowkach. Nie sadze aby producent sprzetu korzystajacego w defaulcie z Opery jako przegladarki nie pobieral oplat, chociaz to tylko gdybanie. A Co do adsense to zarobilem na pierwsze piwo :)