mar 10

ubuntu.png
Wracam do świata żywych. Wczoraj dostałem miłą przesyłkę – pięć zestawów instalacyjnych z systemem Ubuntu w wersji 5.10 breezy (wydanie z dnia 16.10.2005). System ma co prawda pół roku, ale w końcu przebył długą drogę z samej Afryki (poprzez Belgię). Ucieszył mnie ten prezent i z tej okazji postanowiłem nawet wyzdrowieć.
Nie jest to mój pierwszy kontakt z Ubuntu, jakieś 1,5 roku temu instalowałem go u siebie. Czas jaki minął od zakończenia instalacji do usunięcia partycji z systemem to około 20 minut. Po prostu nie zachwyciła mnie ta dystrybucja, wszystko było nie takie jak być powinno.
Każdy z zestawów zawiera dwie płyty CD, jedna instalacyjna, druga Live. I to jest bardzo dobry pomysł – w ciągu kilku minut mogłem ocenić postępy developerów Ubuntu. Pierwszy szok – system posiada moduł odpowiedzialny za moją kartę WLAN (rt2400), a muszę powiedzieć, że standardowo nawet najnowszy kernel jej nie obsługuje. Wystarczyło wpisać niezbędne adresy IP by cieszyć się siecią. Na jednej płycie nie za wiele można zmieścić oprogramowania, ale system wita nas z Firefoxem, OpenOffice2 oraz oczywiście Gnome (są również wersje z KDE na pokładzie). Do tego doliczyć można 16 tysięcy pakietów w oficjalnych repozytoriach, czyli mniej więcej tyle samo co w protoplaście Ubuntu, czyli słynącym z ilości i jakości dostępnego oprogramowania Debianie. Gdyby tak zainstalować xfce4, kadu i operę to może nawet dało by się zatrzymać na dłużej przy tym systemie.
Przyzwyczajony do debianowej dłubaniny zdziwiłem się kiedy system operacyjny zaczął montować włożoną do czytnika kartę pamięci. Znalazł nawet port irda, ale już go poprawnie nie odpalił (nawet na to nie liczyłem). Muszę chyba skończyć z okrojonym do granic możliwości jądrem i zainteresować się jakąś współczesną dystrybucją. Ciekawostka: w systemie nie ma standardowo takiej aplikacji jak mc – to było chyba największe zdziwienie, ale szybko brak ten nadrobiłem – apt-get w Ubuntu Live działa tak samo sprawnie jak w Debianie.

Jeśli ktoś ma ochotę na Ubuntu to chętnie się podzielę – mam cztery zestawy do wydania.


Podobne posty:


7 Responses to “ubuntu – linux for human begins”

  1. Piec Says:

    ejjjjj. ten blog jest po prostu nudny. najciekawsze w nim sa reklamy z google. zamiast dawac pasjonujacy opis instalacji systemu napisalbys po cholere ci to w ogole… jakies ubuntu co w po 2 dniach uzywania nagle cd-roma nie widzi :) windows uber alles, pingwiny do zimnych krajow a nie mi tu ptasia grype roznosic.

  2. chujowa karma Says:

    A jak z polskością Ubuntu? Fonty, locales itd.? W sprawie nośników: byłbym reflektował na takie cuś, szczególnie na tę płytkę Live.

  3. kociołek porfirion Says:

    Ja chętnie przyjmę płytkę, ja! Pierwszy wyciągnę rękę po afrykańską pomoc dla zacofanego 40-milionowego narodu. Przyjmę też każde ilości żywności liofilizowanej, wodę mineralną, koce i opatrunki jałowe.

  4. kociołek porfirion Says:

    Ja chętny, dla mnie płytkę, dla mnie! Pierwszy wyciągnę rękę po bratnią afrykańska pomoc dla zacofanego 40-milionowego narodu. Przyjmę też w każdej ilości żywność liofilizowaną, wodę mineralną, koce oraz opatrunki jałowe.

  5. kociołek porfirion Says:

    Ja chcę taką płytkę, dla mnie ona, dla mnie! Pierwszy wyciągnę rękę po bratnią afrykańską pomoc dla zacofanego 40-milionowego narodu. Przyjmę też w każdej ilości żywność liofilizowaną, wodę mineralną, koce oraz opatrunki jałowe.

  6. Salceson Says:

    Nie z Afryki tylko z Anglii, firma canonical ma swoją siedzibę na wyspie Man

  7. szewczyk Says:

    Pomysł południowo-afrykański, wykonanie ogólnoświatowe za brytyjską kasę, wysłane z Belgii.

Leave a Reply