W październiku 2009 do mojej kieszeni wpadł iPhone. Pomyślałem sobie, że warto sprawdzić magiczną moc jabłka przy okazji wymiany telefonu. Przecież to nic nie kosztuje.
Moje zdanie o produktach Apple było od dawna już sprecyzowane – ładne, ale drogie i obciążone zbyt dużym czynnikiem lansu. Chyba większość pececiarzy, szczególnie użytkowników Linuksa, podobnie ocenia Jabłka.
Na temat iPhona napisano już wszystko, ja dodam tylko, że telefon nie jest pozbawiony wad, ale niech rekomendacją będzie to, że ma na tyle zachwycające wykonanie zarówno sprzętu jak i systemu operacyjnego, że postanowiłem nabyć Maca.
Zdecydowałem się na iMaca, gdyż nie lubię laptopów, a lubię duże monitory i wydajne komputery. Takim właśnie tropem dotarłem do ślicznego intelowskiego iMaca stojącego na moim domowym biurku. Szkoda tylko, że w pracy stoi przede mną czarny i smutny Dell.
Po prawie 20-stu latach uprawiania pecetowej blacharki czyli składaków, tanich laptopów i części z odzysku moje skronie oprószyła siwizna, dzięki czemu znacznie lepiej teraz się prezentuję w sztruksowych marynarkach. Poza siwizną nauczyłem się jak radzić sobie w sytuacjach awaryjnych, tak od strony sprzętowej jak i programowej.
Na darmo, posiadam komputer który działa. Ma wszystko w środku, niczego się w nim nie wymienia, ulepsza. Nie zamienię karty graficznej, nie dodam chłodzenia, nie rozszerzę ramu. Jest pięknie.
Najnowsze komentarze